Brytyjskie Stowarzyszenie Medyczne (BMA) — najważniejsza organizacja zawodowa lekarzy w Wielkiej Brytanii — coraz wyraźniej przesuwa granicę między leczeniem a przyzwoleniem na śmierć. W ostatnim czasie z jego wytycznych wyłania się obraz medycyny, w której odmowa jedzenia i picia — a także odłączenie odżywiania pacjentom niezdolnym do decyzji — zostają wpisane w zakres „opieki” nad umierającym. Krytycy, w tym organizacje broniące życia i osób z niepełnosprawnościami, ostrzegają: pod płaszczykiem autonomii i „najlepszego interesu pacjenta” otwierają się drzwi do praktyk, które trudno odróżnić od powolnego uśmiercania.

Lekarz jako asystent samozagłodzenia

Nowsze wytyczne BMA dotyczą zjawiska określanego skrótem VSED (voluntary stopping of eating and drinking) — dobrowolnego zaprzestania jedzenia i picia. Chodzi o sytuację, w której pacjent zdolny do podejmowania decyzji świadomie postanawia doprowadzić do własnej śmierci, odmawiając przyjmowania pokarmów i płynów, a lekarze mają mu w tym procesie towarzyszyć, łagodząc palatywnie objawy aż do zgonu.

To rozwiązanie budzi poważny sprzeciw z kilku powodów. Po pierwsze, VSED prowadzi do śmierci przez odwodnienie i wygłodzenie — proces rozciągnięty na dni, a niekiedy tygodnie. Rolą lekarza staje się nie ratowanie życia, lecz uśmierzanie cierpienia towarzyszącego umieraniu, które sam pacjent zainicjował. Dla wielu etyków medycznych to odwrócenie samej istoty zawodu lekarza.

Po drugie — i to jest element, na który zwracają uwagę krytycy tacy jak bioetyk Wesley J. Smith — wytyczne BMA przyznają, że VSED może dotyczyć również osób, które nie są w stanie terminalnym. Innymi słowy, mechanizm ten nie ogranicza się do ludzi umierających, którym pozostały dni życia. Może objąć osoby, które mogłyby żyć jeszcze długo, lecz podjęły decyzję o zakończeniu życia w ten sposób. Smith wpisuje to w szerszy nurt, który nazywa „medycyną czyniącą krzywdę” — kulturę, w której lekarz coraz częściej staje się wykonawcą woli śmierci, a nie obrońcą życia.

Warto zaznaczyć, że VSED bywa przedstawiane jako realizacja prawa pacjenta do autonomii — do decydowania o własnym ciele. Zwolennicy podkreślają, że nikogo nie można zmuszać do jedzenia wbrew woli. Ale krytycy odpowiadają, że różnica między „nieprzymuszaniem” a czynnym asystowaniem w samozagłodzeniu jest fundamentalna — i że medycyna, która tę granicę zaciera, przestaje chronić najsłabszych.

Odłączyć odżywianie od pacjenta, który nie może się bronić

Drugi, głębszy wątek dotyczy sytuacji, w której to nie pacjent decyduje — bo decydować nie może. Chodzi o wytyczne BMA i Royal College of Physicians dotyczące CANH (clinically-assisted nutrition and hydration) — sztucznego, wspomaganego medycznie odżywiania i nawadniania osób, które utraciły zdolność świadomego decydowania: pacjentów w przewlekłych zaburzeniach świadomości oraz cierpiących na choroby neurodegeneracyjne.

Sednem sporu jest pozornie techniczna kwalifikacja prawna. Prawo brytyjskie — a za nim wytyczne BMA — traktuje sztuczne odżywianie i nawadnianie nie jako podstawową opiekę, lecz jako „leczenie medyczne”, porównywalne do wentylacji mechanicznej. Ta klasyfikacja ma druzgocące konsekwencje. Skoro CANH jest „leczeniem”, to — jak każde leczenie — można je wycofać, gdy uzna się, że nie służy już „najlepszemu interesowi” pacjenta. A od wyroku brytyjskiego Sądu Najwyższego z lipca 2018 roku (sprawa An NHS Trust v Y) taka decyzja, jeśli zespół medyczny i rodzina są zgodni, nie wymaga już zgody sądu.

Praktyczny skutek opisują organizacje broniące życia, takie jak Care Not Killing oraz Christian Medical Fellowship. Pacjenci, o których mowa, w wielu przypadkach nie umierają — mogą żyć miesiącami, latami, a niekiedy dekadami, o ile są odżywiani. Część z nich może nawet odzyskać świadomość. Jeśli jednak odłączy się im sztuczne odżywianie i nawadnianie, umrą z wygłodzenia i odwodnienia w ciągu dwóch–trzech tygodni. Jak zauważają krytycy, w akcie zgonu jako przyczynę śmierci wpisuje się wtedy pierwotny uraz mózgu lub chorobę — nie zaś fakt, że pacjent został pozbawiony pożywienia i wody.

Christian Medical Fellowship ujęła to bez ogródek: gdy raz uzna się sztuczne odżywianie za „leczenie medyczne” zamiast za podstawową opiekę, otwiera się prosty mechanizm, w którym śmierć głodową dużej liczby „nieumierających, lecz kosztownych i uciążliwych” pacjentów można przeprowadzić sprawnie, dyskretnie i bez udziału sądów. To mocne słowa — ale padają ze środowiska lekarskiego, nie z zewnątrz.

Obrońcy wytycznych odpowiadają, że dokument obwarowany jest licznymi zabezpieczeniami, wymaga oceny „najlepszego interesu”, drugiej opinii i zgody rodziny, a jego celem nie jest uśmiercanie, lecz uniknięcie „przedłużania życia, którego pacjent by sobie nie życzył”. Spór dotyczy więc nie tyle procedury, ile założenia leżącego u jej podstaw: czy istnieje życie na tyle „niewarte”, by odebrać mu pokarm i wodę.

Kto decyduje, że życie się nie opłaca

Oba wątki — dobrowolne samozagłodzenie i wycofywanie odżywiania osobom niezdolnym do decyzji — łączy jedno założenie: że o wartości ludzkiego życia można orzekać na podstawie jego „jakości”. W przypadku VSED orzeka o tym sam pacjent, wspierany przez lekarza. W przypadku CANH — zespół medyczny i rodzina, w imieniu kogoś, kto głosu już nie ma.

Z perspektywy chrześcijańskiej, ale też klasycznej etyki lekarskiej, to przesunięcie jest fundamentalne. Pokarm i woda — nawet podawane przez sondę — należą do elementarnej troski o człowieka, a nie do „terapii”, którą można kalkulować w kategoriach opłacalności. Odmówienie ich osobie, która nie umiera, lecz jedynie żyje w stanie uznanym za „niewystarczająco wartościowy”, jest przekroczeniem granicy, za którą medycyna przestaje służyć życiu, a zaczyna orzekać, komu wolno żyć. Dziecko poczęte, człowiek stary, pacjent po urazie mózgu — każdy z nich jest osobą o niezbywalnej godności, niezależnie od tego, ile „jakości życia” przypisze mu procedura.

Gdy definicja śmierci staje się elastyczna

Warto dostrzec, że spór o odżywianie pacjentów nie jest odosobniony. Jest częścią szerszego, trwającego od dekad procesu, w którym granice ludzkiego życia i śmierci stają się w medycynie coraz bardziej „płynne” — a definicje bywają dostosowywane do celów, które z troską o konkretnego pacjenta mają niewiele wspólnego.

Najlepszym tego przykładem jest ewolucja samego pojęcia śmierci. Dla potrzeb transplantologii — pozyskiwania narządów do przeszczepów — klasyczną definicję śmierci (ustanie krążenia i oddechu) zastąpiono w drugiej połowie XX wieku pojęciem „śmierci mózgowej”. Zmiana ta, przedstawiana jako postęp naukowy, otworzyła zarazem pytania, które do dziś nie doczekały się jednoznacznej odpowiedzi: czy człowiek, którego ciało wciąż żyje, oddycha i reaguje przy wspomaganiu, jest już na pewno martwy? Czy „najlepszy interes” jednego pacjenta — biorcy narządu — nie zaczyna czasem ważyć na ocenie stanu drugiego?

Nie chodzi o formułowanie sensacyjnych oskarżeń, że medycyna „chce śmierci pacjentów dla organów”. Chodzi o coś subtelniejszego i przez to groźniejszego: o mechanizm, w którym kolejne elastyczne definicje — „śmierci mózgowej”, „leczenia”, „jakości życia”, „najlepszego interesu” — tworzą system, gdzie dobro jednej osoby może być realizowane kosztem drugiej, pod prawną i językową osłoną. Wytyczne BMA o głodzeniu pacjentów są jedną z takich furtek. Debata o definicji śmierci w kontekście transplantacji — inną, znacznie starszą i wciąż nierozstrzygniętą.

Polskiego czytelnika, który chciałby zgłębić ten drugi, fundamentalny wątek, warto odesłać do pracy dr. Jacka Norkowskiego OP „Medycyna na krawędzi. Ewolucja definicji śmierci człowieka w kontekście transplantacji narządów” — lekarza i teologa, który od lat rzetelnie i odważnie analizuje, jak i dlaczego zmieniono medyczną definicję śmierci oraz jakie niesie to konsekwencje etyczne. To lektura, która pomaga zrozumieć, że spory takie jak ten o wytyczne BMA nie są odosobnionymi incydentami, lecz elementami znacznie szerszego przesunięcia w samym sposobie myślenia o ludzkim życiu i jego granicach.

Medycyna paliatywna realnie mierzy się z trudnymi sytuacjami, w których uporczywe przedłużanie umierania bywa okrucieństwem — i katolicka etyka od dawna odróżnia rezygnację z uporczywej terapii od czynnego uśmiercania. Ta różnica jest kluczowa i uczciwość każe ją zachować.

Rzecz w tym, że wytyczne BMA — zarówno w sprawie VSED, jak i CANH — przesuwają granicę właśnie tam, gdzie powinna być broniona najmocniej: przy pokarmie i wodzie, przy pacjencie, który nie umiera, przy człowieku, który nie może się o siebie upomnieć. Dlatego temat zasługuje nie na panikę, lecz na czujność — i na jasne przypomnienie, że żadne prawo, żadna procedura i żadna definicja nie znoszą prawdy, iż życie ludzkie ma wartość niezależną od jego „użyteczności” czy „jakości”. Tę prawdę trzeba dziś powtarzać tym głośniej, im ciszej próbuje się ją usunąć — w 77-stronicowych dokumentach, których, jak zauważają krytycy, mało kto przeczyta do końca.

Autor