Druga fala ataku zwolenników ideologii feminizmu rozpoczęła się pod koniec lat sześćdziesiątych tego stulecia (XX wieku – przyp. red.), tuż za rewolucją antykulturalną i trwa po dzień dzisiejszy. W konsekwencji, być kobietą u schyłku dwudziestego wieku jest trudniej niż kiedykolwiek w przeszłości; mimo, iż przeszłość kobiet nie szczędziła, nawet widząc w nich „drugą pomyłkę Pana Boga” (Nietzsche).
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (XX wieku – przyp. red.), ponownie poczęto lansować pogląd, że wyjściowym systemem zorganizowania społecznego był matriarchat. Opierając się na fragmentach mitologii greckiej, poczęto głosić, że światem powinny rządzić kobiety. Kłamstwo o istnieniu matriarchatu, bez żadnych dowodów historycznych, było tak wielkie, że stało się niemal niemożliwe, aby móc je obalić. Podobnie, jak bajki Margaret Mead. Socjolodzy poczęli wierzyć w istnienie epoki „Kiedy bogiem była kobieta” (Merlin S 1976). Czytelnicy ich wypowiedzi również. Przecież, wychodząc z założenia, że determinizm kulturalny jest możliwy matriarchat również może mieć miejsce, gdy zajdą ku temu warunki sprzyjające. Mit rodzi mit. Cóż, poszukiwanie epoki matriarchatu zawsze będzie zaliczane do szarlatanerii naukowej.
W tym samym czasie, została zakwestionowana rola kobiety w narodzie chrześcijańskim. Ponownie, zaatakowano „patriarchalną” strukturę społeczną cywilizacji łacińskiej, Ucisk feudalny kobiety uwięzionej w rodzinie miał opierać się na „manipulowaniu uczuciami kobiety”. Związek małżeński, widziany już jako korporacja ekonomiczna, a nie jak instytucja oparta na współpracy i wspólnej odpowiedzialności, ma posiadać charakter eksploatujący i degradujący kobietę. Rolę kobiety w małżeństwie poczęto malować w kolorach najciemniejszych, przedstawiając ją nieraz jako niewolnicę i prostytutkę, Życie rodzinne poczęło być przedstawiane w środkach masowego przekazu jako pułapka, z której kobiety muszą uwolnić się za wszelką cenę, o ile pragną odzyskać równowagę ducha.
Żona i matka miała być istotą aspołeczną, której nikt nie chce; ani jej mąż, z którym dzieli pożycie płciowe, ani jej dzieci, które mają czuć się lepiej pod opieką wysoko wykwalifikowanych (jest to ważne podkreślenie w żargonie feministek) opiekunów społecznych i pedagogów; ani też społeczeństwo, które musi utrzymywać '”nieroba”. Ba, dom rodzinny począł być przedstawiany jako obóz koncentracyjny, w którym kobiety są podludźmi. Tutaj również podparto się magicznym słowem Holocaust© , Jak widać, kabała obowiązuje w całym światku perwersji.
Kobietę „tradycyjną” feministki supernowoczesne postanowiły przerobić zupełnie. Ich zdaniem, bycie żoną i matką doprowadza do depresji klinicznej. To miał być „problem bez nazwy”, który pozbawia kobiety ukierunkowania w życiu, kończy się insomią itp. Stąd, należało doprowadzić do zmian fundamentalnych w stylu życia kobiety przeciętnej.
Zdaniem feministek, jedynym ratunkiem mogło być robienie kariery zawodowej. Bowiem, kobieta nie jest w stanie odnaleźć swojej tożsamości w mężu i dzieciach. Jedynie praca zarobkowa w pełnym wymiarze może dać jej pełne wyzwolenie. Wiadomo, tylko Arbeit Macht Frei! Świat pieleszy domowych z lat pięćdziesiątych miał być wymieniony na świat pracy zarobkowej, na świat lumpenproletariuszki. Wkrótce, nazwano to pozycją społeczną kobiety z zawodem. Przy okazji, rynek pracy otrzymał wielomilionową rzeszę proletariatu bez penisa.
W latach siedemdziesiątych, rodzina poczęła być przedstawiana jako wydarzenie przypadkowe w życiu kobiety; wydarzenie, które wiąże się z biologiczną stroną życia i nie jest godne większej uwagi. Młode kobiety straszono zmorą małżeństwa, zmorą bycia żoną i matką; co miało być zrównaniem się z idiotami i lunatyczkami. Odmowa zamążpójścia miała być dla kobiety krokiem najważniejszym w kierunku uratowania rasy ludzkiej (przed czym?); miała być rękojmią postępu i wyzwolenia (od czego?). Feministki rzuciły slogan: „Chłop może poczekać, kariera zawodowa nie!”. W konsekwencji, ponownie kobieta przestała być partnerką mężczyzny. Stała się rywalką. Wyjątkowo wredną rywalką, gdyż usytuowaną w utopijnej wizji feminizmu i z góry skazaną na porażkę. Bowiem, w wojnie płci kobieta nie ma wyboru żadnego. Przede wszystkim, nie może być chroniona przez mężczyznę, którego atakuje.
Propagujący histerię antyrodzinną nie zamierzali kobiet informować. Przecież, w rodzinie chrześcijańskiej kobieta nigdy nie była uważana za niewolnicę. Nie wspomnę już o religii katolickiej, gdzie kult żony i matki rozwinął się do granic przesady. Feministki obrały taktykę straszenia kobiet oraz szokowania. Skoro ludzie przeciętni nie posiadają szerokiej wiedzy historycznej, antropologicznej i socjologicznej, więc poczęli wierzyć, że kobieta jest ofiarą w historii rodzaju ludzkiego. Rozpętano propagandę natury politycznej cynicznie pomijającej te fakty historyczne, które jej przeczą.
Feministki przypisały sobie prawo wyłączności do wypowiadania się na temat rodziny, pożycia płciowego, zapobieganiu ciąży, aborcji, rozwodów, opieki nad dzieckiem, gwałtu seksualnego i pornografii. Nawet zwalczanie tkanki tłuszczowej stało się ich specjalnością (Czy twój mąż robi cię tłustą? Jeżeli tak, to pozbądź się go!). Z czasem, wszytko co istnieje pod słońcem wydaje się być ich domeną. Jednak, dialog feministek dotyczy głównie kobiet. Postanowiły zbawić rodzaj ludzki całkowicie ignorując połowę jego członków (silniejszą). Feministki współczesne wyszły z dawnego założenia rewolucyjnego, że rodzaj męski, ze swoją męskością, jest wrogiem klasowym, którego należy zniszczyć, Mężczyźni, jak burżuazja u Marksa, poczęli być widziani jako klasa, którą należy usunąć. Tym samym, rewolucja antychrześcijańska weszła w kolejną fazę walki klasowej, walki siejącej zamęt i zniszczenie w zorganizowane życie narodów chrześcijańskich.
Znowu, teoria Freuda, o zawiści penisa, znalazła pełne poparcie u feministek, Przecież, penis jest głównym symbolem męskości. Musiało więc dojść do kolejnej rewolucji społecznej, gdyż rewolucja opiera się na nienawiści i jest wymierzona głównie w zdobycze kulturalne. Doszło więc do rewolucji antykulturalnej.
Mężczyźni zostali obarczeni winą za wszelkie zło na ziemi; które istniało w przeszłości i które istnieje obecnie Pojawienie się „patriarchatu” poczęło być przedstawiane jako feministyczna wersja grzechu pierworodnego. Od tego momentu, na ziemi miało pojawić się wszelkie nieszczęście i cierpienie. Wiadomo, przed tym wydarzeniem, na ziemi był raj feministek; babski Eden (w którym kobiety rozmnażały się przez pączkowanie). Czyli, Księga Rodzaju została postawiona na głowie: to mężczyzna jest źródłem upadku człowieka, a nie kobieta, przyszła Odkupicielka, która uratuje ludzkość przed Armagedonem.
Niestety, Eden matriarchalny jest mitem. Powrót do Edenu babskiego jest nierealny. Rodzaj ludzki musi znaleźć inne rozwiązanie dla swoich problemów.
Muszę tutaj dodać, że obecnie system patriarchalny nie istnieje; mimo, iż narody są rządzone przez mężczyzn. Przecież, istotą patriarchalności jest nie tylko dominacja mężczyzn, ale także autorytatywność i dawanie ochrony. Liberalno-demokratyczny system społeczny, który jest utożsamiony z postępem i jest obowiązujący na całym świecie, nie wymaga od mężczyzny, aby dawał ochronę. Przeciwnie, wymaga, aby mężczyzna był zastraszony i grabieżczy, w wyniku ciągłych obaw i niepewności. Obecnie, mężczyzna również nie posiada stałego miejsca na ziemi, które dawał mu anulowany system hierarchiczny z okresu Średniowiecza. Musi wędrować na zasadzie ruchów cząstek Browna.
Wprawdzie, można dostosować się nawet do najbardziej zwariowanego środowiska, jednak trudności z tym związane wymagają zbyt wielu manipulacji i w końcu człowiek zostaje wciągnięty w nieunikniony konflikt z rzeczywistością. Przecież, nawet największa pensja miesięczna, z wykwintnym domem, samochodem i z wykwintnym stylem życia nie przysłoni faktu, że żona jest kurtyzaną.
Mimo wszystko, feministki uparły się, iż udowodnią światu, że są równe mężczyznom, a nawet lepsze od nich. Skoro nasze matki, babki i prababki były „historycznymi ofiarami Holocaustu© kobiet”, jak to oświadczyła Rosemary Ruether, w swojej książce pt. „New Heaven and New Earth”, feministki z końca lat siedemdziesiątych postanowiły być pierwszymi kobietami, które nie dadzą się złożyć w ofierze na ołtarzu historii dziejów. W tym celu, nowy feminizm począł wymagać od kobiet cech męskich, jak zawziętość, szorstkość, gibkość i przede wszystkim… umięśnienie atletyczne. Ideałem stała się kobieta z żelaza.
Naturalna u kobiet tkanka tłuszczowa miała pójść precz; na zawsze. Skoro eunuch tyje, więc feministki poczęły głosić teorię, że tylko eunuch kobiecy (czyli, bez jaj!) chodzi tłusty. Wiadomo, człowiek wolny nie chce zostać eunuchem. To jest cecha wrodzona; dla zachowania gatunku. Zatem, kobiety „wyzwolone”, pomimo, iż w sposób naturalny są bez jąder, i na to nie ma rady, postanowiły pozbyć się wszelkich symptomów, które mogłyby sugerować, że są eunuchami. W konsekwencji, sale gimnastyczne oraz ścieżki zdrowia w parkach zaroiły się od kobiet. Siła fizyczna stała się dla nich zaletą najcenniejszą. Od tej pory, poczęły topić swoją neurozę w bezproduktywnych ćwiczeniach aerobicznych. Naiwne, uwierzyły propagandzie, że siła męska jest wynikiem ćwiczeń nieustannych. Poczęły ignorować fakt istnienia sprawdzianów hormonalnych w czasie zawodów sportowych; sprawdzianów, które kierują do nas wiadomość o przewadze fizycznej mężczyzn. Jednak, zwolenniczki ideologii feminizmu pragną wierzyć, że bez ćwiczeń mężczyzna byłby tak samo słaby, jak kobieta (eunuch!). Zdezorientowane panie postanowiły niepodzielnie zapanować nad rozłożystymi biodrami i pokaźnymi udami, które natura dała im po to, aby łatwiej było znosić trudy ciąży i porodu.
Skoro mężczyzna nie rodzi, kobieta „wyzwolona” również postanowiła skończyć ze zwyczajem rodzenia. Feministki dały kobietom nadzieję, że rodzina przestanie istnieć na dobre. Formy zastąpienia rodziny były najrozmaitsze. Tutaj, naiwności kobiecej nie było granic. Jak z rękawa posypały się projekty nowego życia w formie starej dziczy plemiennej, gdzie każdy z każdym i do syta (o ile kiedykolwiek to miało miejsce?). Poczęła obowiązywać filozofia życia: kopulacja dla nas, rodzenie dzieci i praca w pocie czoła dla innych. Szalone, rodzinę uznały za wroga człowieczeństwa! To nie jest wszystko.
Tym razem, wśród kobiet dwudziestokilkuletnich (i nie tylko) nastała moda na niechlujstwo. Starannie dobrane stroje, wysokie obcasy — uwypuklające falowanie bioder -kosmetyki i biżuteria zostały odłożone na bok. Zapanowała moda na wygląd flejtucha „bezpłciowego”. Nawet były próby chodzenia bez biustonosza. Przecież, mężczyźni nie noszą biustonoszy(?). To też miało być źródłem męskiej przewagi. Cóż, biust obwisły męczy. Dalej, ciągłe wścibskie zerkanie mężczyzn też nie jest miłe. Zatem, biustonosz zwyciężył. Chwilowo. Obecnie, panienki biust obcinają. Chirurgia plastyczna zapanowała nad biustem niepodzielnie: nie tylko powiększa, ale i zmniejsza. Mało kto bierze pod uwagę konsekwencje takiej operacji: chroniczna drętwota w okolicach sutek i oziębłość płciowa. Tutaj, liczy się głównie biznes chirurga i żądanie klientki (nie jest bowiem pacjentką). Ponadto, od czasu do czasu, „wyzwolone” kobiety usiłują paradować w miejscu publicznym z obnażonymi piersiami; motywując to tym, że skoro mężczyznom wolno, to im też powinno być wolno. Daremnie. Są aresztowane i płacą grzywnę; co ma być potwierdzeniem historycznego Holocaustu © kobiet. Błędne koło zamyka się.
CDN
źródło: dr Romuald Gładkowski „Ofiara rewolucji”, Toronto 1992