Liu Jinsong od dwudziestu lat prowadzi w Pekinie sklep z artykułami dla kobiet w ciąży i niemowląt. Dziennikarzowi „Christian Science Monitor” powiedział na początku roku krótko: interes idzie coraz gorzej, klientów jest naprawdę mało. Trudno o prostszy obraz tego, co dzieje się w Chinach. W 2025 roku urodziło się tam 7,9 miliona dzieci, podczas gdy rok wcześniej było ich 9,5 miliona. W przeliczeniu na tysiąc mieszkańców to najmniej od powstania Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku.

Tysiąc kilometrów dalej, w Seulu, statystycy od dwóch lat notują coś, czego nikt się już nie spodziewał. Korea Południowa, kraj z najniższą dzietnością na świecie, przez dwadzieścia cztery miesiące z rzędu odnotowywała więcej urodzeń niż rok wcześniej. W czerwcu 2026 roku przyszło na świat ponad 23 tysiące dzieci, o 15,6 procent więcej niż w czerwcu poprzedniego roku. Tak dużego czerwcowego skoku nie było, odkąd w 1981 roku zaczęto prowadzić te statystyki. W całym pierwszym półroczu urodzeń było o ponad 15 procent więcej. Współczynnik dzietności, który w 2024 roku wynosił 0,75, w 2025 roku wzrósł do 0,80, a w samym czerwcu sięgnął 0,88.

Oba kraje należą do tego samego kręgu kulturowego, oba przeszły błyskawiczną modernizację i oba od lat próbują zachęcić obywateli do posiadania dzieci. Dlaczego więc ich drogi właśnie się rozeszły?

Najciekawsza odpowiedź kryje się w koreańskich danych o małżeństwach. Liczba ślubów rośnie tam nieprzerwanie od dziesięciu kwartałów, a w drugim kwartale tego roku była najwyższa od 2018 roku. Urodzenia idą za nimi niemal krok w krok. Według koreańskiego urzędu statystycznego około 80 procent zeszłorocznego przyrostu urodzeń to pierwsze dzieci, a ponad połowa z nich przyszła na świat w ciągu dwóch lat od ślubu rodziców. W Korei, inaczej niż w Europie, dzieci rodzą się niemal wyłącznie w małżeństwach, więc ta zależność jest tam widoczna jak na dłoni. Ma Chae-sook, która w seulskim ratuszu kieruje Women and Family Policy Affairs Bureau, nazwała to „cyklem, w którym wzrost liczby nowych małżeństw wprost przynosi nowe życie”.

Władze nie stały z boku. Sam Seul zniósł progi dochodowe przy dopłatach do leczenia niepłodności, dofinansowuje opiekę poporodową i dojazdy kobiet w ciąży, a ponad siedmiu tysiącom młodych małżeństw zaoferował mieszkania w programie dla nowożeńców. To ostatnie ma w mieście o jednych z najdroższych nieruchomości na świecie szczególne znaczenie. Pomoc trafia tam, gdzie młodzi ludzie naprawdę się zatrzymywali: przed decyzją o ślubie i wspólnym domu. Miejskie sondaże pokazują, że około 80 procent bezdzietnych małżeństw w Seulu planuje dziecko w ciągu trzech lat.

Chiny poszły inną drogą. Państwo, które przez trzy i pół dekady karało rodziny za drugie dziecko, od 2016 roku próbuje odwrócić skutki własnej polityki. Od zeszłego roku wypłaca rodzicom 3600 juanów rocznie, czyli około 500 dolarów, na każde dziecko do trzeciego roku życia. Zapowiedziało bezpłatne porody. Zniosło nawet zwolnienie podatkowe na prezerwatywy i środki antykoncepcyjne. Efektu nie widać. Od końca polityki jednego dziecka roczna liczba urodzeń spadła o 40 procent, a liczba nowych małżeństw o połowę. Demograf Yong Cai z University of North Carolina skomentował to jednym zdaniem: ludzie nie będą mieli dzieci dla kilkuset dodatkowych dolarów.

Część wzrostu w Korei to efekt demograficznego echa: w wiek, w którym najczęściej rodzi się dzieci, weszły liczniejsze roczniki z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Część to śluby odłożone w czasie pandemii. A dzietność na poziomie 0,8 wciąż oznacza, że każde kolejne pokolenie będzie o ponad połowę mniejsze od poprzedniego. Do zastępowalności pokoleń, która wymaga około 2,1 dziecka na kobietę, Korei jest bardzo daleko. Nie byłoby też uczciwie twierdzić, że pieniądze nie mają znaczenia. Seul wydaje ich sporo. Różnica polega na tym, co te pieniądze wspierają.

W Korei wspierają małżeństwo, które młodzi ludzie chcą zawrzeć, ale którego się bali ze względu na koszty. W Chinach próbują kupić dziecko u ludzi, którzy coraz rzadziej się pobierają, a sami często wychowali się bez rodzeństwa, w kraju, gdzie przez dekady uczono, że kolejne dziecko jest obciążeniem i wykroczeniem. Takiego doświadczenia nie cofa się przelewem. Okazuje się, że państwo dość łatwo potrafi zniechęcić ludzi do rodziny, a bardzo trudno ich do niej z powrotem przekonać.

Państwo ma rodzinę wspierać, ale nie może jej ani zastąpić, ani zaprojektować. Chiński przykład pokazuje, co się dzieje, gdy władza traktuje rodzicielstwo jak kurek, który można przykręcić i odkręcić. Koreański sugeruje, że droga do dzieci prowadzi przez małżeństwo, a mądra polityka to taka, która usuwa przeszkody stojące przed ludźmi gotowymi je zawrzeć.

Sygnały podobne do koreańskich napływają też z Japonii, gdzie w pierwszym półroczu 2026 roku liczba urodzeń wzrosła o 0,8 procent. To niewiele, ale to pierwszy wzrost od jedenastu lat. Być może więc dno azjatyckiej zapaści demograficznej zostało osiągnięte, przynajmniej tam, gdzie młodzi ludzie znów zaczęli się pobierać.

Dla Polski, której dzietność zbliża się do poziomów znanych dotąd właśnie z Dalekiego Wschodu, płynie z tego wniosek praktyczny. Świadczenia na dzieci, o które od lat toczy się u nas polityczny spór, są tylko częścią odpowiedzi. Równie ważne jest pytanie, którego w polskiej debacie prawie się nie zadaje: co sprawia, że młodzi ludzie odkładają ślub albo z niego rezygnują, i co państwo i samorządy mogą zrobić, by im w tym nie przeszkadzać.

Autor