W dokumentacji medycznej każda wizyta ma swój kod. To krótki ciąg liter i cyfr z międzynarodowej klasyfikacji chorób, który mówi ubezpieczycielowi, lekarzowi prowadzącemu i każdemu, kto później przegląda kartę, z czym pacjent przyszedł i co leczono. Dla przeciętnego człowieka to nudna biurokracja. W Stanach Zjednoczonych właśnie te kody stały się w ostatnich miesiącach jednym z najważniejszych pól sporu o to, co przez ostatnią dekadę robiono z dziećmi przekonanymi, że urodziły się w niewłaściwym ciele.
13 sierpnia federalny Department of Health and Human Services opublikował raport pod wymownym tytułem „Wolves in White Coats”, czyli „Wilki w białych fartuchach”. Autorzy przeanalizowali dane z rozliczeń ubezpieczeniowych z lat 2015–2025 i doszli do wniosku, że blokery dojrzewania podawane nieletnim z dysforią płciową rozliczano masowo pod kodami, które z dysforią nie mają nic wspólnego. Na około 50 milionów dolarów fakturowano je jako leczenie „nieokreślonego zaburzenia endokrynologicznego”. Na kolejne 11 milionów, w przypadku nastolatków w wieku 13–17 lat, jako leczenie przedwczesnego dojrzewania, czyli prawdziwej choroby, na którą blokery zostały pierwotnie zarejestrowane. Raport liczy też ponad 225 szpitali i systemów opieki zdrowotnej, które w ostatnich latach otworzyły programy medycyny „gender” dla dzieci. Sekretarz zdrowia Robert F. Kennedy Jr. i wiceprezydent JD Vance skierowali wskazane placówki do Department of Justice i do inspektora generalnego resortu.
Skutki przyszły szybko. 18 września Department of Justice ogłosił porozumienia z dwoma dużymi ośrodkami: nowojorskim NYU Langone i pittsburskim UPMC. Oba zobowiązały się zakończyć podawanie nieletnim blokerów i hormonów płci przeciwnej oraz przeprowadzanie operacji. NYU zapłaci 8,5 miliona dolarów, UPMC 950 tysięcy. Wcześniej podobne porozumienia podpisały Mount Sinai w Nowym Jorku, Texas Children’s Hospital, Cleveland Clinic i Connecticut Children’s. W sumie jest więc sześć systemów szpitalnych, w tym kilka najbardziej prestiżowych nazw amerykańskiej medycyny. Ministerstwo sprawiedliwości zastrzega przy tym, co trzeba uczciwie powtórzyć, że zarzuty pozostają zarzutami, żaden sąd nie stwierdził odpowiedzialności, a szpitale im zaprzeczają. Porozumienie to nie wyrok. Trudno jednak nie zauważyć, że instytucje przekonane o słuszności tego, co robiły, wolały zapłacić i zamknąć programy, niż bronić się w sądzie.
22 września organizacja Do No Harm, zrzeszająca lekarzy krytycznych wobec medycyny „gender”, wysłała do inspektora generalnego HHS list z prośbą o zbadanie Planned Parenthood. Największa amerykańska sieć klinik aborcyjnych jest też jednym z największych dostawców hormonów dla osób z zaburzeniem tożsamości płciowej. Do No Harm twierdzi, że na podstawie danych kupionych od prywatnego brokera znalazła około 800 pacjentów, którym wystawiono łącznie ponad tysiąc recept na hormony po wizytach opisanych kodami niezwiązanymi z dysforią. Planned Parenthood deklaruje, że niepełnoletnim podaje hormony tylko za zgodą rodziców, a część placówek w ogóle nie przyjmuje osób poniżej osiemnastu lat.
Rzecznicy przemysłu stojącego za medycyną afirmującą mają na zarzuty dotyczące kodów mają własną wersję: twierdzą, że inne kody stosowano nie po to, by oszukać, lecz by chronić pacjentów. Diagnoza dysforii płciowej w dokumentacji mogła stygmatyzować, a ubezpieczyciele często odmawiali refundacji leczenia opisanego wprost. Kellan Baker z Movement Advancement Project nazwał działania administracji atakiem na naukę i na lekarzy, a Jennifer Levi z organizacji GLAD mówi o kampanii zastraszania. Ich stanowisko ma też wsparcie w orzecznictwie. We wrześniu 2025 roku sędzia federalny w Massachusetts uchylił wezwanie, którym Department of Justice domagał się od Boston Children’s Hospital danych pacjentów. Uznał, że rzeczywistym celem nie było ściganie oszustw, tylko utrudnienie opieki, którą chronią przepisy stanowe.
Ta obrona zawiera jednak przyznanie, które powinno dać do myślenia każdemu rodzicowi. Skoro kod „zaburzenia endokrynologicznego” wpisywano świadomie, żeby nie pisać, o co naprawdę chodzi, to przez lata w dokumentacji tysięcy dzieci widniało coś innego niż to, co z nimi robiono. To przestępstwo, rozstrzygną sądy. Już teraz widać jednak problem, który nie jest tylko prawny. Przejrzystość dokumentacji medycznej nie służy wyłącznie ubezpieczycielom. Dzięki niej inny lekarz, badacz albo sam pacjent po latach może sprawdzić, co i dlaczego mu podano. W dziedzinie, w której, jak przyznały ostatnio brytyjskie NHS i wcześniej raport Hilary Cass, dowody na skuteczność terapii są bardzo słabe, zacieranie śladów w dokumentacji utrudnia też rzetelną ocenę jej skutków. Trudno zbadać to, czego nikt uczciwie nie zapisał.
Zasada, którą Do No Harm ma w nazwie, „przede wszystkim nie szkodzić”: pacjent nie jest przedmiotem, lecz osobą, której należy się prawda o tym, co się z nią dzieje. Tym bardziej należy się ona dziecku i jego rodzicom, którzy podejmują za nie decyzję.
Najbliższe miesiące pokażą, czy „Wilki w białych fartuchach” to początek rzeczywistego rozliczenia, czy tylko polityczna kampania, jak twierdzą krytycy. Jedno wydaje się już pewne. Epoka, w której czołowe amerykańskie szpitale mogły prowadzić programy „gender” dla dzieci po kryjomu, dobiega końca. Paradoksalnie może ją zakończyć nie debata o etyce, lecz weryfikacja faktur.