26 sierpnia 2026 roku organizacja rodziców Moms for Liberty, reprezentowana przez konserwatywną kancelarię Thomas More Society, złożyła pozew federalny przeciwko radzie szkolnej okręgu Chathams w stanie New Jersey. Zarzut: obowiązująca tam polityka pozwala pracownikom szkoły ukrywać przed rodzicami „tranzycję płciową” ucznia — a robi to mimo dwóch wyroków Sądu Najwyższego USA, które takie praktyki uznały za niekonstytucyjne. Sprawa jest kolejnym ogniwem batalii o to, kto ma prawo wiedzieć o najważniejszych sprawach dziecka: rodzice czy szkoła.
Co pozwala kwestionowana polityka
Przedmiotem pozwu jest szkolna „Policy 5145.7″, przyjęta przez okręg w styczniu 2024 roku z powołaniem na prawo stanu New Jersey i wytyczne dotyczące praw uczniów transpłciowych. Według pozwu polityka ta pozwala szkolnym doradcom (school counselors) samodzielnie decydować o tym, że nie poinformują rodziców, iż ich dziecko przyjęło w szkole inną tożsamość płciową.
To jednak nie wszystko. Jak wynika ze skargi, polityka nakłada na personel obowiązek używania wybranego przez ucznia imienia i zaimków — w tym każdego nowego imienia, jakie dziecko sobie nada — również bez wiedzy i zgody rodziców. Pozwala też uczniom uczestniczyć w rozgrywkach sportowych oraz korzystać z szatni i przebieralni zgodnie z zadeklarowaną tożsamością płciową, a nie płcią biologiczną. Wreszcie — i to jeden z najpoważniejszych zarzutów — umożliwia kierowanie uczniów do zewnętrznych organizacji działających na rzecz osób LGBT bez powiadamiania rodziców i bez ich zgody.
Pozew idzie o krok dalej: twierdzi, że polityka przewiduje możliwość ukarania uczniów i rodziców za odmowę używania wybranego przez rówieśnika imienia lub zaimków — także w wypowiedziach poza szkołą. To przenosi spór z płaszczyzny „ukrywania informacji” na płaszczyznę wymuszania określonej mowy.
„Sąd Najwyższy nas nie obowiązuje”
Najbardziej wymownym elementem tej sprawy jest to, co — według pozwu — powiedziała przewodnicząca rady szkolnej. Na posiedzeniu 15 czerwca 2026 roku Ann Ciccarelli miała stwierdzić, że wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Mirabelli „nie jest wiążący dla publicznych okręgów szkolnych w New Jersey”.
To postawienie sprawy na ostrzu noża. Pozew Moms for Liberty opiera się bowiem wprost na dwóch rozstrzygnięciach Sądu Najwyższego USA, o których informowaliśmy wcześniej. W sprawie Mirabelli v. Bonta Trybunał pozwolił, by zaczął obowiązywać sądowy zakaz ukrywania przed rodzicami społecznej tranzycji dziecka w szkole. W sprawie Mahmoud v. Taylor potwierdził prawo rodziców do decydowania o religijnym i moralnym wychowaniu dzieci, gdy szkolne treści istotnie w nie ingerują. Oba wyroki, zdaniem skarżących, jednoznacznie zakazują polityk takich jak Policy 5145.7.
Christopher Ferrara, starszy radca Thomas More Society, ujął to tak: gdy kancelaria wygrała przed Sądem Najwyższym, złożyła obietnicę, że każda rada szkolna, która nadal będzie ukrywać przed rodzicami „tranzycję płciową” dziecka lub karać dzieci za odmowę podporządkowania się ideologii, w którą nie wierzą, zostanie pociągnięta do odpowiedzialności. Rada okręgu Chathams — dodał — miała każdą możliwość, by tę politykę naprawić. Prawnicy Thomas More Society już w maju 2026 roku wezwali okręg do wycofania lub zawieszenia Policy 5145.7; okręg odmówił, co doprowadziło do eskalacji sporu i ostatecznie do pozwu.
Czego domagają się rodzice
Moms for Liberty wnosi do sądu o uznanie Policy 5145.7 za niezgodną z konstytucją i o zakazanie jej stosowania — chyba że okręg zmieni ją tak, by wymagała powiadomienia rodziców i uzyskania ich zgody przed jakąkolwiek społeczną tranzycją, zmianą imienia lub zaimków, udziałem w rozgrywkach lub korzystaniem z pomieszczeń przeznaczonych dla drugiej płci, a także przed skierowaniem dziecka do zewnętrznych organizacji.
Podstawą prawną są naruszenia Pierwszej Poprawki (klauzule wolności religii i wolności słowa) oraz Czternastej Poprawki (klauzula rzetelnego procesu, chroniąca prawo rodziców do kierowania wychowaniem dzieci). Cytat, który organizacja uczyniła osią przekazu, brzmi: rodzice są pierwszymi wychowawcami i opiekunami swoich dzieci — nie rady szkolne, nie doradcy, nie ideolodzy przepychający tajne tranzycje za zamkniętymi drzwiami.
Wzorzec, nie incydent
Sprawa z New Jersey nie jest odosobniona. To kolejny przykład tego samego wzorca, który amerykańskie sądy rozpatrują od kilku lat: szkoła wspiera społeczną tranzycję dziecka i nie informuje o niej rodziców, powołując się na prywatność ucznia i politykę okręgu. Wcześniej pisaliśmy o niemal identycznym mechanizmie w sprawie rodziny Doe z hrabstwa Anne Arundel w stanie Maryland, gdzie rodzice dowiedzieli się o „tranzycji” córki z przypadkowo wysłanego e-maila, a nauczycielka — zapytana wprost — najpierw skłamała.
Różnica polega na tym, że sprawa Chathams toczy się już po dwóch wyrokach Sądu Najwyższego, które takie polityki zakwestionowały. Deklaracja przewodniczącej rady, że wyrok w sprawie Mirabelli „nie obowiązuje” okręgów w New Jersey, czyni z tej sprawy test czegoś więcej niż jednej polityki szkolnej. Jest testem tego, czy lokalne władze oświatowe uznają rozstrzygnięcia najwyższej instancji sądowej kraju — czy też będą je ignorować, dopóki nie zostaną do ich respektowania zmuszone kolejnym wyrokiem.
Formalnie spór dotyczy prawnej technikalii: konstytucyjności jednego przepisu w jednym okręgu szkolnym. W istocie jednak dotyka pytania, które w różnych formach powraca dziś w całym świecie zachodnim — także w Polsce, w kontekście sporu o edukację zdrowotną i o to, czy szkoła może wobec dziecka podejmować istotne wychowawczo działania bez wiedzy rodziców. Pytanie brzmi: gdzie leży granica między szkołą jako instytucją wspierającą rodzinę a szkołą, która zaczyna działać niezależnie od rodziców, a czasem wbrew nim.
Amerykański Sąd Najwyższy odpowiedział na nie dwukrotnie, przechylając szalę na stronę rodziców. Sprawa Chathams pokaże, czy te wyroki mają realną moc także tam, gdzie lokalne władze próbują je zignorować. Rozstrzygnięcia można spodziewać się w nadchodzących miesiącach — a jego echo z pewnością wykroczy poza jeden okręg szkolny w New Jersey.