Zabrakło dwudziestu siedmiu głosów. 17 września Sejm próbował odrzucić weto prezydenta Karola Nawrockiego do ustawy o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu. Za odrzuceniem głosowało 232 posłów, a potrzeba było 259, czyli trzech piątych obecnych na sali. Ustawa, którą jej zwolennicy nazywali historycznym krokiem, na razie trafia do kosza. Kto jednak uważa, że sprawa jest zamknięta, patrzy w złe miejsce. Najważniejsze rozstrzygnięcia w tej dziedzinie zapadają dziś nie na Wiejskiej, ale w urzędach stanu cywilnego i salach sądowych.

Zacznijmy od tego, co ustawa właściwie przewidywała, bo w debacie publicznej łatwo to zgubić. Dwie pełnoletnie osoby, niezależnie od płci, mogłyby zawrzeć przed notariuszem umowę o wspólnym pożyciu i zarejestrować ją w urzędzie stanu cywilnego. Umowa dawałaby im możliwość wspólności majątkowej i wspólnego rozliczania podatku, prawo do dziedziczenia i renty rodzinnej, dostęp do informacji medycznej. Nakładała też wzajemne obowiązki szacunku, lojalności, pomocy i troski. Rząd podkreślał, że rozwiązanie jest skierowane nie tylko do par jednopłciowych. Mogłyby z niego korzystać także pary różnej płci, które nie chcą brać ślubu, a takich związków nieformalnych według danych GUS w 2021 r. było w Polsce ponad pół miliona.

Prezydent odpowiedział 17 lipca argumentem, który trudno zbyć jako czysto ideologiczny. Zestawił przepisy ustawy z tym, czym jest małżeństwo w polskim prawie. Mamy państwową rejestrację związku, mówił, mamy ustawowe obowiązki wzajemnego szacunku, lojalności i pomocy, mamy przywileje podatkowe, spadkowe, socjalne i emerytalne. „A więc odtwarzany jest prawny rdzeń małżeństwa, ale pod inną nazwą” – stwierdził. Wskazał też, że taką umowę można rozwiązać znacznie łatwiej niż małżeństwo: wystarczy oświadczenie złożone u notariusza. Szef jego gabinetu Paweł Szefernaker powtórzył w Sejmie, że chodzi o zgodność z art. 18 Konstytucji. Ten przepis stanowi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej.

Nawrocki zastrzegł przy tym, że weto nie zamyka rozmowy o realnych problemach ludzi żyjących razem bez ślubu. Jest gotów podpisać przepisy, które ułatwią wskazanie osoby uprawnionej do informacji medycznej czy do załatwiania spraw codziennych. Nie poprze natomiast niczego, co jest quasi-małżeństwem.

To rozróżnienie ma dłuższą historię, niż mogłoby się wydawać, i dobrze zna je nauczanie Kościoła. Watykańska Kongregacja Nauki Wiary już w 2003 r., w dokumencie o projektach legalizacji związków osób tej samej płci, zwracała uwagę na to samo. Osoby żyjące w takich związkach mogą, jak wszyscy obywatele, korzystać z ogólnych instrumentów prawa, żeby chronić swoje wspólne interesy. Czym innym jest jednak nadanie takiemu związkowi publicznego statusu, który stawia go obok małżeństwa i w praktyce zaciera jego wyjątkowość. Państwo nie chroni małżeństwa dlatego, że dwoje ludzi się kocha. Tego zresztą w ogóle nie bada. Chroni je dlatego, że ze związku kobiety i mężczyzny rodzą się dzieci i że to w nim najlepiej mogą one dorastać. To uzasadnienie przywilejów, a nie prezent za uczucia.

Zwolennicy ustawy widzą to zupełnie inaczej i ich argumentów nie należy przemilczać. Premier Donald Tusk nazwał weto „wyrazem pogardy wobec ludzi i ich prawa do szczęścia”, a wicepremier Krzysztof Gawkowski – „hańbą”. Kampania Przeciw Homofobii powołuje się na sondaż SW Research, który sama zamówiła: prawie 48 proc. badanych uważało, że prezydent powinien ustawę podpisać, a tylko 14 proc., że nie. Jest wreszcie argument z Europy. W grudniu 2023 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Przybyszewska i inni przeciwko Polsce orzekł, że brak jakiejkolwiek formy prawnego uznania par jednopłciowych narusza prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego. Wyrok czeka na wykonanie.

Tu dochodzimy do sedna. Podczas gdy w Sejmie trwał spór o umowę notarialną, obok, niemal bez rozgłosu, wydarzyło się coś znacznie dalej idącego. W listopadzie 2025 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł w sprawie polskiej pary, która wzięła ślub w Berlinie, że Polska musi uznać małżeństwo zawarte legalnie w innym państwie członkowskim. Uzasadnił to swobodą przemieszczania się obywateli Unii. W marcu 2026 r. Naczelny Sąd Administracyjny nakazał warszawskiemu urzędowi stanu cywilnego przepisanie tego aktu do polskich ksiąg. W maju minister cyfryzacji zmienił rozporządzeniem wzory dokumentów stanu cywilnego tak, by takie transkrypcje stały się rutyną.

28 lipca Trybunał Konstytucyjny uznał to rozporządzenie za niezgodne z Konstytucją. Wskazał, że wzór urzędowego formularza nie może obchodzić konstytucyjnej definicji małżeństwa. Rząd odpowiedział, że wyroku nie uznaje, bo nie uznaje Trybunału w jego obecnym składzie. „Nie pozwolimy, by upolityczniony Trybunał decydował o tym, kto w Polsce jest małżeństwem” – oświadczyła pełnomocniczka rządu ds. równości Katarzyna Kotula. Rozporządzenie weszło w życie 23 sierpnia. Według danych z rejestru stanu cywilnego, do których dotarło RMF FM, do końca sierpnia polskie urzędy przepisały 228 zagranicznych aktów małżeństw osób tej samej płci. Część samorządów odmawia, inne wykonują transkrypcje, a urzędnicy zostali z dwoma sprzecznymi komunikatami od dwóch organów państwa.

Wychodzi więc paradoks. Sejm nie zdołał wprowadzić czegoś, co jego przeciwnicy nazywali quasi-małżeństwem. Tymczasem w polskich księgach stanu cywilnego pojawiają się już akty małżeństwa par jednopłciowych, tyle że zawartych za granicą. Weto zatrzymało drzwi, ale okno jest otwarte. I trudno uznać za rozwiązanie sytuację, w której to, czy ktoś jest w Polsce małżonkiem, zależy od tego, w którym mieście złoży wniosek.

Dla środowisk prorodzinnych wniosek z tej historii jest niewygodny, ale ważny. Samo weto niczego trwale nie rozstrzyga. Jeśli art. 18 Konstytucji ma coś znaczyć, potrzebna jest ustawa, która jasno przesądzi, jak polskie prawo traktuje zagraniczne akty sprzeczne z konstytucyjną definicją małżeństwa. Taki projekt przygotował w czerwcu Instytut Ordo Iuris. Równie potrzebna jest jednak uczciwa odpowiedź na pytanie, które prezydent sam postawił: jak pomóc ludziom żyjącym razem w sprawach szpitala, spadku czy mieszkania, nie tworząc przy tym małżeństwa pod inną nazwą. Kto chce bronić małżeństwa, nie może zostawić tego pola wyłącznie jego przeciwnikom.

Kolejne wybory parlamentarne odbędą się jesienią 2027 r. Do tego czasu spór będzie się toczył tam, gdzie toczy się już teraz: w okienkach urzędów stanu cywilnego, w sądach administracyjnych i w Luksemburgu.

Autor