10 grudnia 2025 roku państwo Doe z hrabstwa Anne Arundel w stanie Maryland otrzymali ze szkoły rutynowy e-mail o eksperymencie laboratoryjnym zaplanowanym na następny dzień. W treści pojawiło się męskie imię — ale nie rozpoznawali go jako żadnego z kolegów córki. Chwilę później nauczycielka spróbowała „wycofać” wiadomość, a następnie napisała, że e-mail nie był przeznaczony dla ich rodziny. Nazajutrz, skonfrontowana przez rodziców, przyznała, że skłamała. Męskie imię należało do ich córki — którą szkoła od początku semestru traktowała jako chłopca. Rodzice dowiedzieli się o społecznej tranzycji własnego dziecka przez przypadkowo wysłany e-mail i przyłapane kłamstwo.
8 lipca 2026 roku organizacja America First Legal złożyła w ich imieniu pozew federalny przeciwko Anne Arundel County Public Schools.
Jak szkoła działała za plecami rodziców
Z pozwu — złożonego w Sądzie Okręgowym Stanów Zjednoczonych dla Dystryktu Maryland w imieniu rodziców występujących pod pseudonimami John i Jane Doe oraz ich córki „Mary” — wyłania się następujący przebieg wydarzeń.
Na początku semestru pracownica szkoły zapytała uczniów, jakim imieniem chcą być nazywani. Mary wskazała imię męskie. Od tej chwili personel szkoły używał wobec niej męskiego imienia i męskich zaimków — nie informując o tym rodziców ani nie pytając ich o zgodę. Rodzice odkryli to dopiero po kilku miesiącach, dzięki omyłkowo wysłanemu e-mailowi.
Gdy prawda wyszła na jaw, rodzice zażądali od szkoły używania wyłącznie prawnego imienia córki oraz udostępnienia dokumentacji związanej z działaniami personelu. Według pozwu administracja odmówiła — powołując się na politykę okręgu.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak podsumowuje skarga, okręg szkolny utrzymuje polityki, które nakazują personelowi wspierać i ułatwiać społeczną tranzycję ucznia w szkole bez wymogu powiadomienia rodziców ani ich zgody — i używa tych polityk do usprawiedliwienia nie tylko ukrywania tranzycji przed rodzicami, lecz także składania rodzicom fałszywych oświadczeń na jej temat. Innymi słowy: kłamstwo nauczycielki nie było ekscesem jednostki. Było działaniem zgodnym z procedurą.
Motyw rodziców: wiara i prawo do wychowania
Państwo Doe nie ukrywają, co jest stawką sporu z ich perspektywy. W pozwie deklarują, że chcą wychowywać Mary zgodnie ze swoimi przekonaniami religijnymi — wiarą, że Bóg stwarza każdego człowieka jako mężczyznę lub kobietę, że płeć opiera się na biologii, a nie na wewnętrznym samopostrzeganiu, i że nie można jej zmienić.
Zarzuty prawne obejmują naruszenie Pierwszej Poprawki (wolność religijna) i Czternastej Poprawki (prawo rodziców do kierowania wychowaniem dzieci) do Konstytucji USA oraz analogicznych przepisów konstytucji stanu Maryland.
Pozew w cieniu sprawy Mirabelli
Sprawa rodziny Doe nie toczy się w próżni prawnej — i to czyni ją szczególnie interesującą. Zaledwie cztery miesiące wcześniej, w marcu 2026 roku, Sąd Najwyższy USA orzekł w sprawie Mirabelli v. Bonta, że kalifornijska polityka ukrywania przed rodzicami społecznej tranzycji dziecka w szkole prawdopodobnie narusza konstytucyjne prawa rodziców — zarówno wolność wyznania, jak i prawo do należytego procesu.
Ian Prior, starszy doradca America First Legal i pełnomocnik rodziny, stawia sprawę wprost: okręg szkolny zignorował ten precedens. Szkoła — mówi — nazywała córkę ich klientów męskim imieniem i przypisywała jej męską tożsamość, czego rodzice nie zaakceptowali. Pozew jest częścią rosnącej fali spraw przeciwko okręgom szkolnym utrzymującym polityki ukrywania tożsamości płciowej uczniów przed rodzicami — fali, która po Mirabelli zyskała potężny oręż w postaci precedensu Sądu Najwyższego.
Wymowny jest także kontekst geograficzny. Maryland to ten sam stan, w którym rozegrała się sprawa Mahmoud v. Taylor — zakończona w 2025 roku wyrokiem Sądu Najwyższego potwierdzającym prawo rodziców do wypisania dzieci z lekcji promujących ideologię gender. Hrabstwo Anne Arundel graniczy z hrabstwem Montgomery, którego dotyczył tamten wyrok. Mimo dwóch przegranych przed najwyższą instancją sądową kraju, sąsiedni okręg szkolny prowadzi politykę opartą na tych samych założeniach.
Sprawa Doe wpisuje się w powtarzalny wzorzec, który amerykańskie sądy rozpatrują od kilku lat: szkoła inicjuje lub wspiera społeczną tranzycję dziecka, ukrywa ją przed rodzicami, a zapytana wprost — zaprzecza. Od sprawy Mirabelli (Kalifornia), przez Foote v. Ludlow (Massachusetts), po toczącą się przed Sądem Najwyższym sprawę IPEC v. Ferguson (Waszyngton) — oś sporu jest ta sama: czy instytucja publiczna może świadomie odciąć rodziców od wiedzy o fundamentalnej zmianie w życiu ich dziecka.
Nowością w sprawie z Maryland jest twardy dowód na kłamstwo. W wielu wcześniejszych sprawach szkoły broniły się, że „jedynie nie informowały”. Tu — według pozwu — nauczycielka najpierw napisała nieprawdę, próbowała wycofać e-mail, a następnie przyznała się do kłamstwa. Trudno o bardziej namacalną ilustrację tego, co polityki „ukrywania tożsamości” oznaczają w praktyce: nie bierne milczenie, lecz czynne wprowadzanie rodziców w błąd.
Amerykańskie spory o „ukrywanie tranzycji” mogą wydawać się odległe od polskiej rzeczywistości — ale mechanizm, o który toczy się walka, jest uniwersalny: czy szkoła może podejmować wobec dziecka istotne wychowawczo działania bez wiedzy i zgody rodziców. W Polsce pytanie to powraca w sporze o nową, obowiązkową od września „edukację zdrowotną” — w tym w kontekście szkoleń dla nauczycieli, podczas których przekonywano, że żądania ucznia dotyczące np. używania wybranego imienia należy respektować bez pytania rodziców o zgodę.
Historia rodziny Doe pokazuje, dokąd ta logika prowadzi w praktyce: do sytuacji, w której rodzic dowiaduje się o życiu własnego dziecka z omyłkowo wysłanego e-maila — a instytucja, której powierzył dziecko, kłamie mu w twarz zgodnie z procedurą.